Jan miał w sobie iskrę. Andrzej zaś kochał to co robił.
Andrzej Bachleda Curuś i jego syn Jan zmarli w miniony weekend w Zakopanem.
W sobotę po długiej chorobie zmarł 59 letni Jan, znakomity narciarz, olimpijczyk z Innsbrucku, akademicki wicemistrz świata z 1978 roku i wielokrotny mistrz Polski w konkurencjach alpejskich.
Dzień po nim zmarł jego ojciec Andrzej, mając lat 85. Był znakomitym śpiewakiem operowym, ale i doskonałym narciarzem. To on zaszczepił w swoich synach – Andrzeju „Ałusiu” i Janie miłość i pasję do sportu.
W środę odbyły się uroczystości pogrzebowe. Najpierw w kościele świętej Rodziny a potem na nowym cmentarzu przy ul. Nowotarskiej. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Andrzeja i Jana Bachledę Curusia Krzyżami Oficerskimi Orderu Odrodzenia Polski.
Andrzej Bachleda Curuś był absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach. Studiował pod koniec lat 40. ubiegłego stulecia. Później prowadził też tam klasę śpiewu. Zdobył nagrody w wielu konkursach, m.in. drugą nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Śpiewaczym im. Mieczysława Karłowicza. W 1951 r. został solistą Filharmonii Krakowskiej. Zakładał Towarzystwo Muzyczne im. Karola Szymanowskiego w Zakopanem. W latach 1977-1986 był jego prezesem. Występował w największych salach koncertowych świata.
– Andrzej miał wspaniały głos, a ponieważ mieszkaliśmy po sąsiedzku, to nieraz słyszałem, jak śpiewał i ćwiczył – wspomina Jan Karpiel Bułecka, zakopiański architekt i muzyk. – Był chyba najwybitniejszym góralem, jeśli chodzi o śpiew. Znany był przecież nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Czuć było, że kocha to, co robi.
Niezależnie od tego świetnie jeździł na nartach. Jeszcze w 1949 roku, mimo że już nie trenował i poświecił się muzyce, postanowił wystartować w mistrzostwach Polski w konkurencjach alpejskich w Szczyrku. – Koledzy ostrzegali go wtedy „Ty tu Jędruś nie kozakuj, bo się uszkodzisz”. Wystartował jednak – mówi Wojciech Szatkowski, historyk z Muzeum Tatrzańskiego. – Ówczesny trener kadry pożyczył mu sprzęt narciarski i pojechał trasę slalomu na Beskidku. Mimo że nie trenował od dawna, wygrał mistrzostwo Polski. To był talent nieprzeciętny. Lata czterdzieste zresztą to był okres, kiedy pan Andrzej był już rozdarty między muzyką a nartami.