E-mail Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Nowiny
 Przegląd prasy i nowin
   Zakopane
   Tatry
   Podhale
   Kultura
   Narty
Felietony
Opowiadania
Multimedia
Gastronomia
Fotoreportaże
Dziennikarze PPWSZ
Kalendarz imprez
Pogoda/kamery
Ogłoszenia
Forum dyskusyjne
Redakcja
 Reklama
Zakopane, Tatry, Podhale
E-mail
Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Zakopane
 nawigacja:  Z-ne.pl » Portal Zakopiański

Opowiadania
Grań Tatr Zachodnich
 dodano: 22 Lipca 2006    (źródło: Liliana Kołłątaj)

strona: 1/6
1 2 3 4 5 6 

Tatrzański kalejdoskop


Adam pakuje się. Wraca do Warszawy na jakieś zaległe egzaminy. Bo przecież w styczniu i lutym zamiast kuć w bibliotekach - siedzieliśmy, a raczej włóczyliśmy się tutaj.

Przeglądamy zapasy. Krucho. Z pieniędzmi też. Na schroniskowy wikt i opierunek nie możemy się nastawić, bo spłuczemy się do ostatniego grosza i nie zostanie nawet na powrót do Warszawy. Psiakrew! Tania turystyka schroniskowa. Nie ma co, w Pięciu Stawach ceny jak w Holiday Inn. Ale czemu tu się dziwić - jeśli całe wyposażenie, opał, prowiant pracownicy muszą tam wtaszczyć na własnych plecach. Trzeba zejść do Zakopanego i uzupełnić prowiant. A tam pomyślimy, co dalej. Może wrócimy tu, a może pojedziemy do Chochołowskiej, w Zachodnie. Grań Tatr Zachodnich zimą chodzi mi głowie już od jakiegoś czasu. Schodzimy na Łysą Polanę. Przyjemny spacerek, cały czas w dół, plecaki lżejsze o zużyty prowiant; sama przyjemność.

- Co za pogoda! - wzdycha Adaś - Aż się nie chce wyjeżdżać. Jak ja bym został z wami! Ale dziekan dał mi termin do końca kwietnia i zagroził, że mnie wyleje na zbity pysk, jak znowu zawalę egzamin.

- Nie dziwię się, że ci żal. Ale sam wiesz, że to już ostatnie dni takiej lampy, lada dzień przyjdzie odwilż i wszyscy będziemy się stąd wynosić - pociesza go Ewa.

Rzeczywiście, pogoda była cudowna od kilku dni. Słońce zalewało niebo od horyzontu po horyzont, bez jednej chmurki. Była dopiero dziewiąta, więc trzymał jeszcze leciutki mrozek, prawie nieodczuwalny. Ani drgnienia wiatru. Za godzinę zrobi się zupełnie ciepło. To jest pogoda, jaka się nie zdarza, jak z bajki, pogoda o jakiej bywalcy Tatr marzą latami, śnią po nocach, o jaką modlą się przy tatrzańskich kapliczkach. Nieprzerwane dziesięć dni kwietniowego słońca. Stabilna temperatura i brak świeżych opadów wyraźnie zmniejszały niebezpieczeństwo lawin. Stwardniały śnieg, legendarny wiosenny firn tak ukochany przez narciarzy, dawał solidną podstawę dla nóg. Nie trzeba było przekopywać się przez śnieżne wydmy przy podejściach i uważać na każdy krok przy zejściu. Dzień się wydłużył o dobre dwie godziny, więc spokojnie można było planować dłuższe eskapady. A nocą bezchmurne, wygwieżdżone niebo, oświetlone jasną, okrągłą latarnią księżyca pozwalało wyjść wcześnie rano, jeszcze na długo przed świtem. Można było nie martwić się o powrót, czy zdąży się przed zmierzchem, bo widoczność panowała doskonała nawet po zachodzie słońca.

Cieszyliśmy się z tej baśniowej pogody, gdzieś tam w głębi duszy mącił jednak tę idyllę lekki niepokój. Jak długo jeszcze wytrzyma? Każdy wyga tatrzański zna przecież zmienność i kapryśność górskiej pogody. Rano słońce - po południu ulewa. Wychodzisz ze schroniska przy widoczności ostrej jak brzytwa, a wracasz po omacku we mgle. Było jasne, że to końcowe tego słonecznego koncertu i że trzeba się spieszyć, by wykorzystać każdy promień. To już ostatnie dni tatrzańskiej zimy. Lada dzień przyjdzie deszcz, chmury zasnują doliny, mgła zaćmi horyzont, wiatr zacznie miotać drzewami, wiosenne lawiny ruszą ze zdwojoną siłą. Góry nie puszczą.

W Zakopanem jeszcze krótki, wspólny spacer. Kupujemy prowiant w "Giewoncie". Jemy jakieś naleśniki w "Grocie" i idziemy na dworzec PKP. Adaś wciska mi w rękę czekan.

- Weź, oby się nie przydał. Ale tak na wszelki wypadek, jak talizman. Wiesz, tak jak parasol - jak nie weźmiesz, to zaraz zaczyna padać.

- Tfu, tfu, tfu, na psa urok, spluń trzy razy przez lewe ramię. Ty mi tu nawet nie próbuj wspominać o deszczu.

- Adam, jak wykraczesz załamanie pogody, to jak wrócimy do Warszawy - osobiście utopię cię w łyżce wody - syczy przez zęby Ewa.

- To ja już się szykuję, ale wybierz raczej coś mocniejszego, przyjemniej będzie się topić. Jak ty liczysz, że w kwietniu utrzyma się wam długo taka super pogoda - to życzę szczęścia! A poza tym, nie dalej jak dziś rano samo mówiłaś, że ta lampa już długo nie wytrzyma.

- Cholera, meteorolog się znalazł! Spadaj na drzewo z tymi twoimi przepowiedniami! Bo nie ręczę za siebie! - Ewa wyrywa mi czekan z ręki i wymachując nim bojowo rusza w stronę Adama.

- Hej, hej, spokojnie, to nie zabawka dla dzieci - Adam śmieje się, ale zapobiegliwie uchyla się przed markowanym ciosem.

Odbieram Ewie czekan i ważę go przez chwilę w ręku. Trochę mi nie w smak dodatkowy ciężar do i tak już wyładowanego wora, tym bardziej, że dojdą jeszcze narty - biegówki. Ale na tak wspaniałomyślny gest nie wypada odmówić. Dziękuję więc za użyczenie sprzętu i z kwaśną miną, opuszczając głowę, by Adaś nie widział jak zgrzytam zębami, przypinam "ciupagę" do plecaka. Czekan! Na Dolinę Chochołowską! Też mi coś! Chyba będę nim ścinać krokusy i straszyć świstaki. Chociaż ... z drugiej strony ... Planujemy grań Tatr Zachodnich ... Może to i nie takie głupie mieć ze sobą kawałek dziobadła.

Pociąg do Warszawy odjeżdża po południu, dopiero za kilka godzin. Zmieniamy więc lokalizację na dworzec PKS i Adaś wskakuje do pierwszego z brzegu autobusu do Krakowa. Machamy czapkami na pożegnanie.

Przed nami też dosyć długa droga.

Autobus na Polanę pod Jaworkami wlecze się niemiłosiernie powoli. Przydałby się na Polanę Hucisko, ale nie jeździ. Miny trochę rzedną, dodatkowe 4 kilometry, a plecaki znowu wyładowane prowiantem i wcale nie lekkie. I do tego jeszcze narty. Ale nic nie poradzimy. Może wysiądziemy przy Rogoźniczańskiej Polance, przejdziemy do Siwej Polany pod reglem, żeby nie męczyć się asfaltem. Jednak jeden rzut oka przez okno wpływa decydująco na zmianę zamiarów. Wiosenne słońce nie próżnowało, tu w nisko położonej dolinie, poniżej 1000 m n.p.m., miało idealne warunki do pracy. To ponad 500 metrów niżej niż dno Doliny Pięciu Stawów. Na Polanie Biały Potok leżą tu i ówdzie płaty jeszcze białego śniegu, ogólnie jest jednak szaro-zielono i buro-brązowo. Bagienko. A raczej wstrętna breja. Piętnastocentymetrowa warstwa rozmiękłego śniegu i głębokie, rozległe kałuże, wszystko tak w sam raz po kostki. Przejście tędy to taplanie się w śnieżnej mazi, wymieszanej dokładnie z błockiem. Takiej kąpieli nie przetrzymają żadne buty, na nic zda się najlepsza nawet impregnacja, będą kompletnie przemoczone po piętnastu minutach. Zerowa przyjemność. Jedziemy do przystanku Dolina Chochołowska i grzecznie tupiemy asfaltem.

Na Polanie Huciska stoją dwa fiakry. Górale już liczą dudki, jakie - w ich mniemaniu - za chwilę im skapną. Akurat! Ostatnie grosze w kieszeni, a trzeba jeszcze opłacić noclegi w schronisku. Do Warszawy to już będziemy jechać chyba na kredytowych. Mijamy więc obojętnie tatrzańskie dyliżansy.

Górale patrzą po sobie skonsternowani. Oj, niedobrze, niedobrze, dudki uciekajom! A to się trafiło zawzińte ceperskie ścierwo. Na piechte bedom śli tyloćki kawoł, a dudków zarobić nie dadzom! Krzyczą za nami:

- Podwieziemy was! Do schroniska diablo daleko!

- A za darmo podwieziecie?

- No, gdzież ta! Widzicie, tu mój koń stoi. Taż on by mnie się w gębę rozśmiał, gdybym jak tak mu za darmo ganiać kazoł! Przecie jak na narty panocki stać, to i na sanocki tyż!

No, tak. Biegówki stały dotąd grzecznie w przechowalni dworcowej w Zakopanem, czekając na swoją kolei. Pomysł zabrania ich do Doliny Pięciu Stawów przepadł w konfrontacji z wagą plecaków. Jeszcze jeden ciężar na podejściu i to w dodatku niewygodny w niesieniu. Niech poczekają, jak się popsuje pogoda i trzeba będzie zejść z gór, pojeździmy na nich gdzieś niżej. Zresztą ciągle w perspektywie, w nie-sprecyzowanych planach, majaczyła grań Tatr Zachodnich, a tam Dolina Chochołowska idealna na każdy rodzaj nart.

Teraz deski chybotały nam się na ramionach, mieląc rozgrzane powietrze jak wiatraki. Niewielki był z nich na razie pożytek. Pasowały tu w tej chwili jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. Asfalt lśnił w słońcu, trawa zieleniła się, gdzieniegdzie tylko przetykana niewielkimi spłachetkami śniegu. Temperatura sięgała chyba 20C powyżej zera. Błogie ciepełko otaczało zewsząd. Rozleniwiało. Kusiło, by walnąć się na łąkę i leżeć tak godzinami, z twarzą wystawioną do słońca, słuchając szmeru wiatru grającego w czubkach smreków. Ale - albo rybki albo akwarium: albo beztroski popas na polanie albo nocleg w schronisku, do którego jeszcze spory kawałek drogi.





strona: 1/6
1 2 3 4 5 6 


•  przygoda   Zgłóś moderatorowi do usunięcia
 robi10      13:36 Nd, 23 Gru 2007
Ciekawa przygoda zkończona sukcesem.Tylko ten Gopr.Toprowcy mogą się obrazić. ;-)





«« Powrót do listy wiadomości


Udostępnij     Zapisz w schowku     Drukuj       Zgłoś błąd    8548





Jeżeli znalazłeś/aś błąd, nieaktualną informację lub posiadasz materiały (teksty, zdjęcia, nagrania...), które mogą rozszerzyć zawartość tej strony i możesz je udostępnić - KLIKNIJ TU »»

ZAKOPIAŃSKI PORTAL INTERNETOWY Copyright © MATinternet s.c. - ZAKOPANE 1999-2017