E-mail Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Nowiny
 Przegląd prasy i nowin
   Zakopane
   Tatry
   Podhale
   Kultura
   Narty
Felietony
Opowiadania
Multimedia
Gastronomia
Fotoreportaże
Dziennikarze PPWSZ
Kalendarz imprez
Pogoda/kamery
Ogłoszenia
Forum dyskusyjne
Redakcja
 Reklama
Zakopane, Tatry, Podhale
E-mail
Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Zakopane
 nawigacja:  Z-ne.pl » Portal Zakopiański

Opowiadania
Grań Tatr Zachodnich
 dodano: 22 Lipca 2006

strona: 2/6
1 2 3 4 5 6 



Za Niżną Chochołowską Bramą droga wznosi się nieco wyraźniej, dwukrotnie przecina Chochołowski Potok. Przyjemnie stanąć na chwilę na mostku, zrzucić plecak i patrzeć na wartki bieg strumienia. Nurt burzy się, wiruje, woda rwie się do przodu, rozpryskuje o kamienie, przeciska się między skałami. Przez moment przywodzi na myśl gesty klasycznego tańca, wręcz jakby baletu, a za sekundę przypomina gniewny szturm husarii na wojska przeciwnika. Kto tu zwycięża - czy wartki nurt przetaczający się z impetem w dół, czy kamienie i skały, które choć atakowane z zajadłością, pozostają wytrwale na miejscu?

Idziemy dalej. Droga powoli, ale cały czas pnie się w górę. Osiągamy wysokość 1000 m n.p.m. Wreszcie pojawia się upragniony śnieg. Z początku jeszcze cienka warstwa, ale z każdym metrem w górę białej otuliny przybywa. W końcu przypinamy narty i suniemy aż do samego schroniska. Docieramy tam już po zmierzchu.

Schronisko na Polanie Chochołowskiej, usytuowane na wysokości 1145 m n.p.m., zbudowano, a raczej odbudowano w kilka lat po II wojnie światowej. Postawiono go na miejscu poprzedniego, spalonego przez hitlerowców podczas walk z partyzantami, którzy mieli tu wówczas swoją bazę. Jest do dziś jedną z największych budowli w Tatrach, ale mimo swej kubatury nie razi w tym miejscu, lecz współgra z otaczającą przyrodą, w przeciwieństwie - na przykład - do straszydła na Polanie Kalatówki.

Efektowny zamysł architektoniczny pani Anny Górskiej, łączący kamień z drewnem i nowoczesne tendencje z tradycyjnymi elementami budownictwa góralskiego, nadały gmachowi zaskakującą, przy tych rozmiarach, lekkość i finezję. Przypomina mi się, że Anna Górska zaprojektowała, w tym samym stylu nowozakopiańskim, również schronisko w sąsiedniej Dolinie Kościeliskiej, na Małej Polance Ornaczańskiej zwane popularnie "na Ornaku" (choć to nieco mylące, jako że grzbiet Ornaku wznosi się dopiero ponad schroniskiem).

Na Chochołowskiej, mimo pokaźnej liczby miejsc noclegowych, wielkiego wyboru nie ma. Do dyspozycji tylko ostatnie łóżka w pokojach 4-osobowych. Niech to licho, drogo, fundusz wyprawy przewidywał miejsce na wieloosobówce. Trzeba będzie skrócić pobyt, ograniczyć się do realizacji planów górskich, a narciarskie zredukować do minimum. W sumie trudno się dziwić, najtańsze miejsca już dawno zajęte, a na zwalniające się trzeba czatować rano, a nie godzinę po zmierzchu. Przy takiej pogodzie Chochołowska to Mekka dla narciarzy - turystów, tym bardziej, że jest tu nawet niewielki wyciąg.

Na kolację wcinamy mielonkę z puszki, jakby to był co najmniej kotlet schabowy. I szybko spać, bo jutro z samego rana w górę - na Wołowiec i planowaną od dawna grań Tatr Zachodnich. Naciągając śpiwór na głowę, przywołuję w myśli wszystkie znane zaklęcia: abrakadabra, hokus-pokus, a może lepiej - w imię Ojca i Syna ... Pogodo tatrzańska, kapryśna pani, bądź kolejny raz nam łaskawa ; słoneczko piękne, kochane - wytrzymaj przynajmniej jeszcze ten jeden dzień...

Otwieram oczy i natychmiast zrywam się do okna. Cholera, zaspaliśmy. Jest już całkiem jasno. Biorę do ręki budzik. Czemu, draniu, nie zadzwoniłeś? Prztyczek wciśnięty w obudowę sugeruje dwa rozwiązania problemu. Albo nie został wieczorem nastawiony ... Ale, nie przecież pamiętam dobrze... Na sto procent, na czwartą. No, tak... Wszystko jasne. Następnym razem postawię go w drugim końcu pokoju.

- Wstawajcie, zaspaliśmy! - ryczę na cały pokój.

- Ciszej, bo muchy pobudzisz ... - mruczy Ewa, wysuwając głowę spod śpiwora i mocno przecierając niezbyt jeszcze przytomne oczy. - Która to?

- Piętnaście po siódmej.

- Faktycznie ździebko późno. To jak? Idziemy na Grań? Nie damy chyba rady zrobić całej?

- Na pewno nie. Ale nie odpuszczę w taką pogodę. Chociaż kawałek. W końcu nie ma problemu - zejść można w wielu miejscach. Wstawaj. Nie ma co tracić czasu.

Pogoda rewelacyjna. Ranek wstał słoneczny i mroźny. Na niebie bezchmurny lazur, jak na zamówienie. Błyskawiczne śniadanie, niezbędny ekwipunek do plecaka i w drogę. Idziemy w czwórkę. Wychodzimy przez las prosto w stronę zboczy Rakonia, potem na przełaj po stoku, po nieskalanym śniegu, wspaniale zmrożonym. Pokrywa śnieżna lekko tylko ugina się pod butem, pozostawiając ślad zagłębiony na centymetr, może dwa. O takich warunkach można było tylko marzyć.

Pochłaniamy pięćset metrowy stok w doskonałym tempie i kwadrans po dziesiątej stajemy na przełęczy pod Rakoniem. Tu krótka przerwa. Herbata, kawałek czekolady. Stąd jeszcze półtorej godzinki wydeptaną grzędą, jak po schodach w wieżowcu, i w samo południe stajemy na szczycie Wołowca - 2063 m n.p.m.[1]. Mamy za sobą niezłą różnicę wysokości - ponad dziewięćset metrów - w niezłym tempie. Do tej pory szło jak z płatka. Czekan przydał się trochę na końcowym odcinku podejścia, gdzie grań grzbietowa nieco się wyostrza, ale bez niego też nie byłoby problemu. Kilka ostatnich kroków z lekką zadyszką. Nic dziwnego, z powodu spóźnionej pory, tempo przez cały czas ostre, z nadzieją nadrobienia przespanego czasu. A poza tym - to jednak ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morzaSpadek ciśnienia na tej wysokości delikatnie daje znać o sobie, różnica drobnych, powiedzmy, 150 mm słupka rtęci[2] i powietrze ździebko rozrzedzone. Ale za to jakie czyste!

Chwila przerwy. Herbatka z termosu, kanapki. Obowiązkowe zdjęcia. Panorama bez zarzutu, widoczność doskonała. Wzrok błądzi po ośnieżonych szczytach. Na północy łagodnie w stronę Podhala Rakoń, na zachód pnie się Jarząbczy Wierch,a za nim Starorobociański, dalej w prawo samotna Bystra, na południu, w prawo od niej w dole piętrzą się tarasy Raczkowej Doliny. Bezpośrednio pod nami, poniżej połudnowych stoków Wołowca roziąga się Jamnicka Dolina. Na zachodzie rozsiadły się rozłożyste słowackie Tatry Zachodnie - Rohacze.

Po południowej, słowackiej stronie, nad zasypanymi śniegiem Jamnickimi Stawami - czerwony namiot, taternicki biwak. Krzątają się przy nim nadzwyczaj żwawo trzy postacie w jaskrawopomarańczowych anorakach, stąd widoczne jako małe, kolorowe ludziki, krasnoludki z bajki o królewnie Śnieżce. Ha ! Nawet pasuje. Za siedmioma górami ... Za siedmioma graniami i dziewięcioma dolinami ...

Jeden z krasnoludków spogląda w górę. Zauważył nas. Za chwilę wszyscy trzej machają do nas. Coś za energiczne to machanie jak na zwykłe pozdrowienie... Patrzę uważniej. Krasnoludki wyraźnie wskazują rękami na zbocze, po czym wykonują energiczne gesty. Zaczynam rozumieć. Cholernie lawiniasto... A jak ma nie być, kiedy słońce grzeje od rana jak piec hutniczy, a śniegu przedtem nasypało bez miary... ? Nasza dalsza droga wiedzie w zasadzie samą granią, ponad ewentualnymi lawinami. Ale miejscami na grani sterczą wrednie oblodzone skałki. Można je będzie obejść nieco dołem, ale właśnie od południowej strony. Od północy zdrowa ekspozycja, bez liny, uprzęży i haków - ani rusz. Zresztą po co? Nikt przy zdrowych zmysłach nie pchałby się tamtędy. Pozostają krótkie trawersy ponad lawiastym zboczem, mozliwie jak najbliżj grani. Cóż, trudno.... Trzeba będzie bardzo uważać.





strona: 2/6
1 2 3 4 5 6 


•  przygoda   Zgłóś moderatorowi do usunięcia
 robi10      13:36 Nd, 23 Gru 2007
Ciekawa przygoda zkończona sukcesem.Tylko ten Gopr.Toprowcy mogą się obrazić. ;-)





«« Powrót do listy wiadomości


Udostępnij     Zapisz w schowku     Drukuj       Zgłoś błąd    9371





Jeżeli znalazłeś/aś błąd, nieaktualną informację lub posiadasz materiały (teksty, zdjęcia, nagrania...), które mogą rozszerzyć zawartość tej strony i możesz je udostępnić - KLIKNIJ TU »»

ZAKOPIAŃSKI PORTAL INTERNETOWY Copyright © MATinternet s.c. - ZAKOPANE 1999-2020