E-mail Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Nowiny
 Przegląd prasy i nowin
   Zakopane
   Tatry
   Podhale
   Kultura
   Narty
Felietony
Opowiadania
Multimedia
Gastronomia
Fotoreportaże
Dziennikarze PPWSZ
Kalendarz imprez
Pogoda/kamery
Ogłoszenia
Forum dyskusyjne
Redakcja
 Reklama
Zakopane, Tatry, Podhale
E-mail
Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Zakopane
 nawigacja:  Z-ne.pl » Portal Zakopiański

Felietony
JEDEN FAŁSZYWY KROK
(Andrzej Dryszel )

źródło: Artykuł udostępniony przez Tygodnik Przegląd - www.przeglad-tygodnik.pl


strona: 4/4
1 2 3 4 


O jeden węzeł za mało

Czy to właśnie moment lekceważenia był w 1962 r. przyczyną śmierci 33-letniego Jana Długosza, pisarza i poety, najwybitniejszego wówczas polskiego alpinisty, człowieka wyznaczającego nowe kierunki sztuki wspinaczkowej? 2 lipca nadzorował na Zadnim Kościelcu (2160 m) treningi wspinaczkowe komandosów. Ostatni raz widziano go na łatwej grani, zmierzał od jednej ćwiczącej grupy do drugiej. Gdy nie wrócił do schroniska, rozpoczęto poszukiwania, ciało znaleziono u podnóża 80-metrowej ściany. Na grani widniał ślad po wyrwanym kamieniu. Zapewne kamień był obluzowany, Długosz przypadkowo na nim stanął, stracił równowagę i spadł. Wypadek, którego nikt nie widział, był jednak nieprawdopodobny, mało kto wierzył, że tak genialny wspinacz, tracąc równowagę w łatwym terenie, nie zdążył uchwycić się ściany. Zaczęły więc powstawać fantastyczne plotki - że ktoś go śledził, zrzucił na niego kamienie, że Długosz spotkał się na Kościelcu z kimś znajomym, kto go zepchnął.

- Był ostrożnym wspinaczem, ale lubił ryzyko, miał w sobie wielką wolę walki, stawał do każdego wyzwania, nie tylko w górach. Bardzo dowcipny, aktywny, brylował w Piwnicy pod Baranami, gdzie zajmował się efektami specjalnymi (zjazdy na linach) i światłami. Jego pseudonim "Palant" nie wynikał z narwanego stylu wspinaczki, lecz z pewnego zachowania na początku kariery. Był też "Wielkim Kogutem" - nie z powodów męsko-damskich, lecz dlatego, że miesiącami mieszkał w Morskim Oku w pomieszczeniu dawnego kurnika - opowiada prof. Andrzej Paczkowski.

30 lat później nie było żadnych wątpliwości co do przyczyn wypadku innego wybitnego alpinisty, Jana Wolfa. Pozostało jednak pytanie, jak mogło do tego dojść. 13 sierpnia 1992 r. Wolf wycofywał się z urwiska Kazalnicy (2159 m), zjeżdżając na linie. - Zapomniał zawiązać węzeł na końcu liny i zjeżdżał tak długo, aż wyjechał z liny - mówi Adam Marasek. Jan Wolf przeleciał ponad 250 m i wpadł do Czarnego Stawu. Ciało wydobyto po skomplikowanej akcji; dwóch ratowników w kombinezonach nurkowych z butlami skoczyło do stawu ze śmigłowca. Znaleźli zwłoki, obwiązali liną, a śmigłowiec wyciągnął je z wody.

- To był spokojny, zamknięty w sobie człowiek. Widać było, że nie całkiem może się odnaleźć po śmierci pierwszej żony Dobrosławy Miodowicz-Wolf, która w 1986 r. zmarła na K2 - wspomina prof. Paczkowski.

W niemal identyczny sposób jak Wolf, na Kazalnicy 21 lat wcześniej zginął Piotr Skorupa, wspinający się jako ostatni z Jerzym Kukuczką i Zbigniewem Jaworowskim. Lina, po której się zsuwał, również nie była na końcu zabezpieczona węzłem. Po 300-metrowym locie taternik spadł na brzeg Czarnego Stawu. Stojący wyżej wspinacze nie spostrzegli upadku i dopiero po jakimś czasie zorientowali się, że ich kolegi już nie ma.

Rodzina została w górach

Niektóre zdarzenia w Tatrach przypominają sceny z mrocznych thrillerów - jak choćby wypadek pod północną ścianą Mięguszowieckiego. 17 marca 1978 r. Urszula L. z dwoma kolegami poszła tam, by zapalić znicz w dniu imienin swego męża Zbigniewa, który dwa lata wcześniej zginął na północnej ścianie wraz z partnerem wspinaczkowym. Nie dotarli pod ścianę. Wszyscy troje zostali przysypani lawiną, która załamała lód na stawie i wtłoczyła ich do wody. Lód zamarzł, po kilkunastu godzinach nie było śladu tragedii. 21 wypraw GOPR nie dało rezultatu, dopiero 18 czerwca, gdy lód stopniał, znaleziono kolejno trzy ciała.

Znacznie częściej dochodzi jednak do wypadków z przyczyny niezwykle prozaicznej - niepotrzebnego zejścia ze znakowanego szlaku. Tak jak zrobiło to młode małżeństwo z dwoma synami - pięcio- oraz dwuipółletnim. 31 maja 1984 r. wjechali kolejką na Kasprowy i zaczęli schodzić ze Świnickiej Przełęczy (2050 m), tylko trochę skracając drogę. Mężczyzna, który szedł jako pierwszy, zjechał kilka metrów, ale zdołał się zatrzymać. Żona chciała mu pomóc, spadła 150 m, a za nią starszy syn.

Często zagrożeniem może też być jeden niepotrzebny ruch, za późne sięgnięcie do łańcucha ubezpieczającego. Turysta, który zbyt mocno odchylił się w bok, by zrobić miejsce paniom idącym z przeciwka, spadł z Orlej Perci i zginął na miejscu. Brzmi to banalnie, ale w Tatrach po prostu trzeba uważać.




strona: 4/4
1 2 3 4 

«« Powrót do listy wiadomości


Udostępnij     Zapisz w schowku     Drukuj       Zgłoś błąd    28642





Jeżeli znalazłeś/aś błąd, nieaktualną informację lub posiadasz materiały (teksty, zdjęcia, nagrania...), które mogą rozszerzyć zawartość tej strony i możesz je udostępnić - KLIKNIJ TU »»

ZAKOPIAŃSKI PORTAL INTERNETOWY Copyright © MATinternet s.c. - ZAKOPANE 1999-2018