E-mail Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Nowiny
 Przegląd prasy i nowin
   Zakopane
   Tatry
   Podhale
   Kultura
   Narty
Felietony
Opowiadania
Multimedia
Gastronomia
Fotoreportaże
Dziennikarze PPWSZ
Kalendarz imprez
Pogoda/kamery
Ogłoszenia
Forum dyskusyjne
Redakcja
 Reklama
Zakopane, Tatry, Podhale
E-mail
Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Zakopane
 nawigacja:  Z-ne.pl » Portal Zakopiański

Opowiadania
Pięciostawiańska powódź
 dodano: 22 Lipca 2006

strona: 2/3
1 2 3 



Następnego dnia po przybyciu do Pięciu Stawów dzień wstał ponury i wietrzny. Wczorajszy upał najwyraźniej tak zmęczył przyrodę, że postanowiła odpocząć i zażyć ochłody. Chmury nadciągały nie wiadomo skąd, stawały się coraz cięższe, gęstsze i ciemniejsze, schodziły coraz niżej i niżej. Nie wróżyło to niczego dobrego.

Gdy skończyliśmy śniadanie, grań Liptowskich Murów i Gładkiego spowita była już w kłęby chmur, Kozi Wierch tonął w nich do połowy, Szpiglasowa i Miedziane gasły w nadciągającym cieniu. Stawy poczerniały i zaczęły się marszczyć od wiatru. Około dziewiątej spadły pierwsze krople deszczu. Przez godzinę mżył kapuśniaczek, ale nikt nie miał wątpliwości, że to dopiero przygrywka do dalszej części utworu. Właściwy koncert zaczął się w południe i trwał cztery dni. Oczywiście nikt wówczas nie przewidywał takiego kataklizmu, jaki miał nadejść. Trzydniówka w lipcu nie była niczym szczególnym, tym bardziej, że trzeciego dnia niebo zwykle przecierało się i można było gdzieś wyjść, ubrawszy się odpowiednio. Dwa dni deszczu i gnicia w schronisku mieliśmy zagwarantowane i każdy się już z tym w myślach godził. Ale czterech straconych dni nikt nie brał pod uwagę nawet w najczarniejszych i najbardziej pesymistycznych rozważaniach.

Z gwałtownością właściwą ulewom tatrzańskim, deszcz nie padał, ale lał się z nieba. Przedni Staw zniknął z oczu, nie mówiąc o reszcie górskiej panoramy. Za oknami strugi wody tworzyły jednolitą, ciemnoszarą zasłonę. Po pewnym czasie czuliśmy się jak pasażerowie statku na wzburzonym morzu. Wokół tylko woda, woda i woda...

- Jeszcze trochę, a dostanę choroby morskiej!

- Faktycznie, dopust boży. Czegoś takiego dawno tu nie było. Ciekawe czy w całych Tatrach tak leje, czy tylko tu?

- Pewnie w całych Tatrach, a może i w całej Polsce - to typowe załamanie pogody w połowie lipca. Ale pewnie gdzie indziej po prostu pada deszcz, a tutaj to istne oberwanie chmury.

Drugi dzień ulewy. Nuda zaczyna doskwierać. Ile można spać i przeglądać przewodniki. Mam wprawdzie jakąś rezerwową książkę, wrzuconą do plecaka na wszelki wypadek, ale przy takim oświetleniu nie da się czytać. Jedna herbatka, druga, trzecia. Pyszna, zaprawiona sokiem malinowym (tym razem tylko sokiem). Mamy własną, można by nie kupować, ale trzeba pójść na piętro do pokoju, wydobyć plecak, wyciągnąć maszynkę, przynieść ją na dół, rozstawić, rozpalić, zagotować wodę stojąc kwadrans w zimnej kuchni turystycznej. Za dużo zachodu. Wyciągam portfel z kieszeni. No, jeszcze i na pierogi wystarczy. Dziś nic mnie nie skłoni, by wziąć się za pichcenie. Jutro będziemy wszyscy tłoczyć się nad kamiennym stołem przy juwlach, "breżniewkach", butlach gazowych i innych wynalazkach służących do gotowania, tworząc najwymyślniejsze potrawy z posiadanych zapasów. Wszystko po to, by zająć się czymkolwiek i nie oszaleć od gapienia się w okno, za którym nieprzerwanie beznadziejnie leją się strugi wody. Ale to dopiero jutro. Dziś całe towarzystwo ogarnęło rozleniwienie. Nawet przygotowanie herbaty wydaje się być czynnością zbyt złożoną.

Zerkam na wielki, aluminiowy czajnik, stojący w jadalni na stoliku, przy okienku kuchennym. To "wrzątek turystyczny", obowiązkowy w każdym szanującym się górskim schronisku. Znając jednak tutejsze realia, nie mam do niego zaufania. Czajnik stoi tam już bowiem chyba ze dwie godziny i jego zawartość dawno już przestała być nawet przysłowiowym "góralskim wrzątkiem". Góralski wrzątek - jak powszechnie w Tatrach wiadomo - ma temperaturę około 70°C, a każdy w schronisku potwierdzi, że tak ma być i wszystko jest w najlepszym porządku. Dyskutującym z tym niepodważalnym faktem niedowiarkom i górskim żółtodziobom tłumaczy się z całą powagą, że przy tej wysokości (ponad 1500 m n.p.m.) decydujące znaczenie ma ciśnienie atmosferyczne niższe niż w dolinie, co powoduje, że woda wrze w temperaturze 70 stopni i ma taką samą moc termiczną jak 100 stopni Celsjusza w Zakopanem (co prawda ziarenko prawdy w tym tkwi, tylko proporcje mocno przesadzone - dałoby się to zastosować do Himalajów, no - nawet do Alp, w Tatrach ta różnica ciśnienia jest zbyt mała).

Szczególnie wymownie i przekonująco wszystkie wątpliwe kwestie potrafiła wyjaśnić Kruszyna. Kruszyna była zresztą ogólnie bardzo przekonywująca, już samym swym wyglądem stanowiła nieodparty argument. Potężna, wysoka góralka, o muskularnych ramionach i charakterystycznym, niskim, rzec można lekko chropowatym, głosie, obdarzona została swym przydomkiem na zasadzie zupełnego kontrastu z jej sylwetką i sposobem bycia. Siedząc w kanciapie Jana nieraz słyszeliśmy pokrzykiwania Kruszyny, rozstawiającej po kątach co bardziej niezdyscyplinowanych turystów. Magazyn z kocami i pościelą znajdował się dokładnie na wprost Janowego "azylu", więc często dochodziły tam odgłosy scysji na temat stanu czystości, całości i zużycia oferowanych materii. Stan ten zresztą rasowego turysty specjalnie nie dziwił, gdyż nie odbiegał od schroniskowego standardu w całej Polsce. Szanujący się górołaz przybywał w Tatry z własnym śpiworem i nie robił z tego problemu. Natomiast jednodniowi, "niedzielni turyści", których zwykle złe wyliczenie czasu zmuszało do zanocowania w Pięciu Stawach, oczekiwali nieraz świadczeń hotelowych i mieli pretensje dosłownie o wszystko. Kruszyna tłumaczyła z początku cierpliwie. Z minuty na minutę jednak jej głos podnosił się, nabierał mocy i nabrzmiewał powstrzymywaną pasją. Wtedy Jano uchylał drzwi swojej izby i wołał:

- Kruszyna, nie tłumacz, zabij!

Dzisiaj jednak pogoda zdominowała nastrój w schronisku. Wszyscy snuli się smętnie i nawet wojownicza Kruszyna nie przejawiała zwykłej zadziorności. Czas do kolacji zszedł na pogawędkach, przeglądaniu map i przewodników, naprawach sprzętu i odzieży i tęsknym wyglądaniu przez okno z nadzieją na minimalne chociaż rozpogodzenie. Jutro będzie już trzeci dzień tej ulewy, powinno przecież wreszcie zacząć się przejaśniać. Niestety, pogoda miała na ten temat krańcowo odmienny pogląd i szare strugi deszczu bezustannie spływały po szybach.

Trzeci dzień leje nieprzerwanie. Nic nie zapowiada jakiejkolwiek poprawy. Wśród rezydentów narasta zły nastrój i panika. A jeżeli będzie tak przez tydzień albo dłużej, w lipcu przecież różnie bywa. Trzeba coś robić, zastanowić się, może da się mimo wszystko gdzieś pójść, coś zaliczyć mimo tej pogody. Kończą się pieniądze, jeszcze kilka dni i trzeba będzie wracać, a cały wyjazd zmarnowany na siedzenie w schronisku. Bezczynność męczy. Nadmiar skumulowanej energii rozpiera. Zaczyna się kombinowane - w zasadzie zimą opady śniegu nie stanowią aż tak wielkiej przeszkody. Chodzi się przecież wtedy i to jeszcze podkreśla walory i atrakcyjność trasy. Mówi się potem - pierwsze przejście zimowe tego czy owego. To czemu by nie potraktować w ten sam sposób tej ulewy. Kto powiedział, że chodzi się tylko po suchej skale? No, to trzeba trochę potrenować. Od tego siedzenia w bezruchu mięśnie zardzewiały. Kilka skłonów, rozciągań, szpagatów. W porządku, ale to wszystko mało. Gdzie by tu się ździebko powspinać? W schronisku ściany gładkie jak pupcia niemowlęcia. Jest! Słupek na tarasie, podtrzymujący dach, zbudowany z kamieni i kawałków skał. Niewiele tego, ledwie może trzy metry wysokości, ale zawsze coś. No tak , ale słupek jeden, a chętnych wielu, trzeba by się ustawić w kolejce. Wiatr zacina deszczem, smaga nieprzyjemnie zimnymi podmuchami. Wracamy do środka.

- To może pogramy w karty?

- Nie znoszę kart, ale nie mam już pomysłu na nudę.

- Chodźmy do "dziesiątki". Mam karty w plecaku.

Wchodzimy na piętro, do słynnej wieloosobowej "dziesiątki". Już od drzwi słychać ożywioną dyskusję. Radek z dwoma kolegami stoją przy ścianie z kuchennym kominem i z zaciekawieniem wpatrują się z kawałek pętelki zwisającej z kratki wywietrznika, jakieś dwa metry ponad podłogą.

- Kto i po jaką cholerę to tam uczepił?

- A przede wszystkim jak? Pewnie z krzesła...

- E..., chyba z drabiny, krzesło za niskie.

- Swoją drogą, całkiem niezła pętelka, szkoda, że się tak marnuje. Warto by ją zdjąć - konstatuje Radek.

- Ale jak? Nawet z krzesła nie dosięgniesz. A jeszcze trzeba rozwiązać, bo ktoś mądry zawiązał na supeł.

- Już ja coś wymyślę! - stwierdza z przekonaniem Radek - Już wiem: podskoczę, złapię ją jedną ręką, podejdę na tarcie po ścianie do kratki, przytrzymam się prętów i rozwiążę supeł, a jak już ją będą miał w ręku - po prostu zeskoczę.

- Daj sobie spokój. Nie dasz rady.

- Zobaczycie, że ją zdejmę!

Jedna próba, druga, trzecia. Pętelka jest tuż, tuż, palce Radka muskają linę. Wreszcie - jest! Złapał lewą ręką. Oparł but o ścianę. Jeden krok w górę, dostawia lewą nogę, przestawia prawą, wygięty w łuk do tyłu, wisi już ponad metr nad podłogą, całym ciężarem na lince oplecionej wokół dłoni. Wyciąga prawą rękę, by rozsupłać węzeł. I nagle... Huk, tumany kurzu, gruz sypie się ze ściany. Radek z niekontrolowanym impetem odpada od ściany, z lewą ręką w górze, w ręku pętelka, a przy niej kratka wyrwana z muru. Nieszczęśliwie jednak chłopak nie leci prosto w dół, ale na skutek uprzedniego wygięcia opada po skosie i trafia z rozpędem plecami wprost na półki otwartej szafy naprzeciw ściany, którą zdobywał. W pierwszym odruchu parskamy śmiechem, gdyż widok jest niecodzienny. Ale poważniejemy natychmiast, widząc Radka leżącego nieruchomo na podłodze. Lubiliśmy wszyscy sympatycznego chłopaka, więc jego bezruch zaniepokoił nas mocno.

- Radek, żyjesz? Czy coś ci się stało? Gruchnąłeś z całą siłą o te cholerne półki. Że też ta pieprzona szafa musiała być akurat teraz otwarta.

- Żyję, ale czuję, że zdrowo się potłukłem.

Ułożyliśmy Radka na materacu na podłodze, starając się jak najmniej poruszać jego kręgosłupem. Sytuacja z komicznej stała się w jednej chwili niemal tragiczna. Do najbliższego szpitala - kilkadziesiąt kilometrów, chłopak nie może się ruszać, helikopter GOPR-u w taką ulewę nie przyleci, a o jakimkolwiek innym transporcie nie ma mowy. Co za cholerny niefart!





strona: 2/3
1 2 3 


•  super   Zgłóś moderatorowi do usunięcia
 jpbulwar      18:38 Nd, 15 Sty 2017
Super artykuł Pozdrawiamy wybieramnocleg.pl :-)





«« Powrót do listy wiadomości


Udostępnij     Zapisz w schowku     Drukuj       Zgłoś błąd    10594





Jeżeli znalazłeś/aś błąd, nieaktualną informację lub posiadasz materiały (teksty, zdjęcia, nagrania...), które mogą rozszerzyć zawartość tej strony i możesz je udostępnić - KLIKNIJ TU »»

ZAKOPIAŃSKI PORTAL INTERNETOWY Copyright © MATinternet s.c. - ZAKOPANE 1999-2020