E-mail Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Nowiny
 Przegląd prasy i nowin
   Zakopane
   Tatry
   Podhale
   Kultura
   Narty
Felietony
Opowiadania
Multimedia
Gastronomia
Fotoreportaże
Dziennikarze PPWSZ
Kalendarz imprez
Pogoda/kamery
Ogłoszenia
Forum dyskusyjne
Redakcja
 Reklama
Zakopane, Tatry, Podhale
E-mail
Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Zakopane
 nawigacja:  Z-ne.pl » Portal Zakopiański

Opowiadania
Taternicy
 dodano: 30 Stycznia 2009    (źródło: Wojciech Bajak)



- Z górami jest jak z kobietami.

- Eee… czemu?

- Bo patrz… jak nie masz dziewczyny - źle, jak masz to od razu się jakieś problemy zaczynają. Tak samo w górach. Jesteś na szczycie marzysz o ciepłym schronisku, a gdy siedzisz w schronisku o tym żeby wejść na szczyt.

Wśród zgromadzonych zawrzał śmiech. Rozmowa dwóch wspinaczy wyraźnie zeszła już na boczne, niezwiązane ze wspinaczką, tory. Poza nimi w schroniskowej jadalni „Murowańca” siedziało jeszcze kilku innych młodych taterników. Styczniowy, mroźny i - co ważniejsze - śnieżny dzień nie sprzyjał wycieczkom w głąb Tatr. Kurniawa idąca znad Uhrocia Kasprowego spowodowała, że mieszkańcy schroniska od rana okupowali jego jadalnię, popijając piwo i rozmawiając o wspinaczkowych lub para-wspinaczkowych problemach. Wśród tych rozmów dominowały przechwałki o pokonanych korbach, „dziewiątkowych” drogach i ogromnych ścianach. Nad resztą znacznie wznosił się niski głos Marcina Stawarza, opowiadającego właśnie o lawinie, przed którą uciekał na Zadnim Granacie.

- No i wiecie… poszliśmy z „Zetorem” łoić „Staszla”, a tu nagle żlebem poszła taka lawina, że skakaliśmy w kosówkę.

Na te słowa do jadalni wszedł Jerzy Kosturzewski, stary taternik już od ponad pięćdziesięciu lat chodzący po tatrzańskich perciach. Właśnie przeszedł drogę z Zakopanego przez Boczań. Jego kurtka oblepiona była śniegiem, który przez cały ten czas siekł z niezmienną siłą. Chwilę popatrzył na zgromadzonych w jadalni, po czym mruknął niedbale:

- Dzień dobry

Niektórzy odpowiedzieli mu tym samym powitaniem, inni zaś zbyli go milczeniem. Znał ich wszystkich jeśli nie osobiście to przynajmniej z widzenia. Po tylu latach wspinania, już w każdym schronisku można spotkać znajomych. Tyle tylko, że nie czuł z nimi żadnej więzi jaka powinna łączyć ludzi z jednego środowiska. Nie popierał ich ideologii wspinania, sportowego zacięcia w pokonywaniu ścian, a zwłaszcza głupiego nazewnictwa dróg, które na stałe zadomowiło się w Polskich Tatrach.

- Śmiecą góry - mówił wprost do znajomych - I to gorzej niż stonka nad Morskim Okiem, bo po niej chociaż TPN posprząta.

Przez jakiś czas próbował nawet z tym walczyć, pisząc artykuły do „Taternika” i innych alpinistycznych gazet. W końcu, gdy zobaczył, że nie przynosi to żadnego efektu dał sobie spokój.

Teraz usiadł w rogu sali. Ze swego plecaka wyciągnął kabanosy oraz termos z herbatą. Posilając się, od niechcenia słuchał przechwałek młodzieży, siedzącej przy stole obok. Właśnie Tomasz Rodzyński opowiadał o - podobno - niebotycznych trudnościach „Diretissimy” na południowej ścianie Niebieskiej Turni.

- Dobrze, że wzięliśmy z „Rokim” te nowe buty z Trezety i bluzy z HiMountainu. Warunki były takie, że inaczej nie zrobilibyśmy tej drogi.

Jerzy uśmiechnął się z politowaniem, a potem pokiwał smutno głową.

- Bałwan! - pomyślał, uważnie mu się przyglądając - Myślałby kto że niby wielki wspinacz, a przecież na Niebieskiej to i ja byłem, tyle że bez tego całego szpeju, a we flanelowej koszuli, spodniach od dresu i „Zawratach”.

Rodzyński kontynuował dalej swą wypowiedź o drodze:

- …no i wydaje mi się że tam powinna być VI w skali Kurtyki

- Ej, przesadzasz bracie - sprzeciwił mu się Albin Fryczek - Maksimum V/A0

- Panowie, a w ogóle co kogo obchodzi taka trasa dla „leszczy”? Teraz to tylko na Mnichu albo Zerwie da się coś „złoić” - zakończył dyskusję na temat wyceny Jacek Hardzik.

Jerzy przyjął tą ostatnią wypowiedź z wyraźnym niesmakiem. Odwrócił swój wzrok ku pobliskiemu oknu. Nad widoczną z tego miejsca granią główną, właśnie przewalały się mgły. Widać było tylko dwa skalne zęby, wystające nieznacznie ponad chmury - Skrajną i Pośrednią Turnię. Na nie zapatrzył się Jerzy.

- Ach jakżeż inne były te czasy gdy ja zaczynałem się wspinać - pomyślał.

Dał się ponieść wspomnieniom. To właśnie drogą na północnej flance Skrajnej Turni, rozpoczynał przed pięćdziesięciu laty swą przygodę z taternictwem. Gdyby teraz, w tym towarzystwie opowiedział o niej, niechybnie zostałby wyśmiany. Gdzie tu pchać się z jakimiś ledwo II-kowymi liniami do tych wszystkich IX z Mnicha czy Kazalnicy. Zaczął zastanawiać się nad tym jakie właściwie znaczenie mają te cyferki oznaczające trudność drogi? Przecież Niebieska Turnia i wszystkie inne szczyty były, są i będą tak samo piękne niezależnie od nich.

Jerzy wrócił wzrokiem na salę. To tu, przed pięćdziesięciu laty, spotkał swego pierwszego górskiego nauczyciela. Był nim Zbigniew Korosadowicz, międzywojenna legenda wspinania. Pierwszy zimowy zdobywca północnych ścian Jaworowego, Małego Kieżmarskiego i Mięguszowieckiego Szczytu. Szef TOPR-u w latach 1939-45. Jerzy zawdzięczał mu bardzo wiele. Właśnie Korosadowicz uczył go w ścianach okolicznych wierchów jak się wspinać. Wciąż w uszach brzmiało mu jego nawoływanie ze Świnickiej Kotlinki:

- Jurek! Mniejsze kroki i pewniejsze chwyty!

Uśmiechnął się nieśmiało do tych wspomnień. Niedługo potem na swej tatrzańskiej drodze spotkał słynnego „Palanta” - Jana Długosza. Nieraz wiązali się wspólną liną i wspinali się po „morskoocznych” klasykach. Poznał wtedy osobiście całą polską czołówkę taternicką, która mieszkała w „Kurniku”, opodal schroniska nad Morskim Okiem.

Gdy już wszedł głębiej w środowisko, zaczął samodzielnie robić własne drogi. Od wielu kolegów dostał pochwały za nową linię na Ciemnosmreczyńskiej Turni. Swoim największym osiągnięciem nazywał samotne przejście głównej grani Tatr na jej polskim odcinku.

Teraz przypatrzył się na młodych taterników, którzy właśnie dyskutowali zawzięcie na temat wyceny którejś z nowych dróg na Kościelcu. Nie zainteresowałby ich raczej swymi opowieściami o tamtych czasach. Długosz… Korosadowicz? Wszystkie ich drogi już dawno powtórzone, nawet „Wariant >>R<<” Długosza, kiedyś budzący grozę, dzisiaj wystarczy wbić spity, dodatkowy hak i po strachu. Szacunek do tej drogi zniknął jeszcze szybciej niż śnieg po halnym. Główna grań Tatr na polskim odcinku? A jakie tam niby trudności są… VII-kowy Zadni Mnich, uskok w zjeździe z niego, VI na Żabim Koniu i już Rysy. Któż bywa teraz na Ciemnosmreczyńskej… kozice chyba. Bo co to za wyczyn pchać się tam gdzie najtrudniejsza droga ma ledwo V? Nie… to nie zaimponuje młodym. Teraz liczy się dla nich tylko pogoń za rekordami, byle mieć więcej IX niż kolega, byleby zdobyć tą igłę, co to ledwo z grani wystaje, ale jeszcze ani nie zdobyta, ani nie nazwana.

- Taternicy… - pomyślał ze smutkiem Jerzy.

Jego rozmyślania przerwał nagle Robert Szczapka, który akurat wszedł do jadalni.

- Czołem - krzyknął do siedzących wspinaczy.

Szczapka był prezesem Warszawskiego Klubu Górskiego i miał niemały wpływ na współczesne środowisko górskie. Jerzy nie znosił go szczególnie, uważając za zwykłego przemądrzalca.

- Patrzcie co mam… . - odezwał się Szczapka do swych towarzyszy.

- Laptop - zakrzyknął z radością w głosie Stawarz.

- Ano laptop. I jeszcze przyniosłem kilka płytek z fotami ze wspinu.

- A masz tą z ostatniego łojenia na Żabiej Lalce? - spytał się jego stały wspinaczkowy partner, Rodzyński.

- No mam, mam. Siadajcie już i patrzcie.

Wspinacze rozsiedli się wokół stołu. Również Jerzy miał w zasięgu wzroku monitor komputera, toteż zerkał tam od czasu do czasu na przewijające się fotografie. Ze zdziwieniem zauważył, że wciąż widoczne są dwie te same ściany - wschodnia Mnicha oraz Zerwa na Kazalnicy Mięguszowieckiej. Gdyby nie daty przy zdjęciach ciężko byłoby odróżnić od siebie poszczególne wyprawy.

- No tak. - pokiwał smutno głową - Teraz idą tylko tam, gdzie można zrobić coś trudnego, co odbiłoby się echem i przyniosło im sławę w tym wspinaczkowym światku.

W pewnym momencie otoczenie na fotografiach zmieniło się. Szczapka i Rodzyński prezentowali właśnie swą ostatnią drogę zrobioną na Żabiej Lalce. Im bardziej Jerzy przyglądał się jej, tym więcej podobieństw zauważał ze zrobioną trzydzieści lat temu własną linią na tej turni.

- Ta ich droga to tylko dwa samodzielne wyciągi. - skonstatował - Za moich czasów nazwali by to najwyżej wariantem, a teraz wystarczy już na nową drogę.

- Widzimy, więc tutaj „Rodzyna” jak „kosi” dziesiątkową korbę na Żabiej Lalce. - komentował przy kolejnym zdjęciu Szczapka - Warto odnotować że podczas tej wyprawy po raz pierwszy padł, dziewiczy do tej pory, ten widoczny tutaj próg skalny. Sam zdobywca zdecydował się go nazwać Rodzynową Skałą.

Jerzy aż wstał z miejsca by zobaczyć tą nowo zdobytą formację, którą w istocie stanowiła drobna wypukłość ściany na pół metra długa i 20 centymetrów szeroka.

- Muszę przyznać, iż ta wyprawa była jedną z trudniejszych w całej mojej karierze wspinaczkowej - stwierdził Rodzyński.

Jerzy uśmiechnął się z politowaniem na słowa „wyprawa” i „kariera”, lecz dalej przysłuchiwał się tej wypowiedzi:

- Zastanawiałem się też trochę nad drogą na Apostole I, ale tam maksymalna trudność to VIII przewiecha, a tutaj mamy aż IX+.

- Tomek nie pochwalił się jeszcze że złoiliśmy to on-sight! - dodał dumny Szczapka

Po tej wypowiedzi zerwały się gromkie brawa.

- Biada wam - przerwał im ktoś nagle.

Wszyscy spojrzeli w róg sali, gdzie siedział Jerzy.

- Biada wam! - powtórzył - Czym są Tatry? Dla was to tylko stadion, gdzie bije się rekordy, byle szybciej, więcej, lepiej od innych. Nie widzicie tam pięknych krajobrazów, tylko te swoje cyfry oznaczające trudność dróg. A dla mnie Tatry to nie tylko te potężne wierchy, i te smukłe turnie, i ta wąska, trudna do zdobycia przełęcz. Tatry to też ten smrek rosnący na zboczu, i ten przejrzysty stawek, i ta głęboka dolina i ten wiatr co huczy po szczytach, i słońce, i mgła, i deszcz, i burza… to wszystko są Tatry. Nie da się mówić o Granatach bez Żlebu Drege’a, o Mnichu bez Morskiego Oka, o Smreczyńskim Stawie bez smreków. Tatry to filozofia. Kto ją zrozumie i pokocha te góry od malutkiej goryczki po najwyższe szczyty - ten jest taternikiem. A kto nie rozumie ten zostaje wspinaczem, bo wspinaczkę nosisz razem z liną i czekanem w plecaku, a taternictwo w sercu. Nie zapomnijcie tego gdy będziecie następny raz wyruszać na „wyprawę”, bo inaczej nie zobaczycie tych gór.

Po tych słowach Jerzy, wziął swą kurtkę i pospiesznie opuścił jadalnię. Wspinacze widzieli go jeszcze gdy znikał pomiędzy drzewami rosnącymi na szlaku ku Gęsiej Szyi. Nikt nie miał odwagi by się odezwać. Było tak cicho, że naprzemian słychać było grube krople deszczu uderzające o szybę oraz brzęczenie muchy… . Wszyscy wpatrywali się w podłogę jadalni, rozmyślając o słowach Jerzego. Musiał mieć chyba rację. Czy był wśród nich choć jeden, który nigdy nie zerwał szarotki zasłaniającej mu najlepszy chwyt, nie splunął do Morskiego Oka, albo nie wyrzucił peta pod ścianą, bo nie chciało mu się go chować do kieszeni. Czy aby ta ich wspinaczka nie była tylko po to, aby mieć o czym opowiadać. Każdy z nich „łoił” klasyczną na Zamarłej Turni, ale czy którykolwiek podziwiał jej pionowe krzesanice zamykające Dolinę Pustą. Czy myślał wtedy ile fantastycznych nazwisk przez nią się przewinęło. Nie… bo kolega zdobył ją w 2,5 h…

- Ile tatrzańskiego piękna mi umknęło - szepnął boleśnie Marcin Stawarz.

To mówi człowiek który w Tatrach był już chyba wszędzie. Teraz zdał sobie sprawę, że patrzył a nie widział. Dzięki Jerzemu zobaczył Tatry! Nie tylko on się zastanawiał nad tym. Nagle wszyscy poczuli, że to ich taternictwo nie było pełne. A może to rzeczywiście nie było taternictwo tylko wspinanie?

* * *

Rusinowa Polana, 2 lata później. Przed chwilą z kaplicy na Wiktorówkach wyszło kilkanaście osób niosących urnę z prochami Jerzego Kosturzewskiego. Zmarł nie w górach, lecz w swym warszawskim mieszkaniu. Ostatnią wolą wyrażoną w testamencie było, aby jego prochy rozsypać właśnie na Rusinowej Polanie. Dokonali tego Tomasz Rodzyński i Albin Fryczek. Tak odszedł Jerzy Kosturzewski, ostatni tatrzański romantyk.

Nad Tatrami zerwał się wiatr. Ten sam wiatr, który towarzyszył mu na tylu wyprawach, niech teraz zaniesie jego duszę do wysokiego, tatrzańskiego nieba, aby już na zawsze mógł być wśród swych ukochanych wierchów, turni, hal i przełęczy.

Fryczek i Rodzyński wracali z pogrzebu przez Dolinę Pańszczycy. Szli w milczeniu. Wciąż pamiętali słowa Jerzego sprzed dwóch lat.

- Coś się tak zamyślił? - spytał się nagle Fryczek.

- Patrzę się na tamtych taterników - odparł Rodzyński.

- Ej… co by tu, w Pańszczycy robili taternicy? Prędzej turyści jacyś…

- Dziś zrozumiałem słowa Jerzego. Taternikiem jest ten kto nosi Tatry w sercu.

 
Wojtek Bajak
15 II 2009 r., Nisko

 











«« Powrót do listy wiadomości


Udostępnij     Zapisz w schowku     Drukuj       Zgłoś błąd    6535





Jeżeli znalazłeś/aś błąd, nieaktualną informację lub posiadasz materiały (teksty, zdjęcia, nagrania...), które mogą rozszerzyć zawartość tej strony i możesz je udostępnić - KLIKNIJ TU »»

ZAKOPIAŃSKI PORTAL INTERNETOWY Copyright © MATinternet s.c. - ZAKOPANE 1999-2017