Przewodnicy tatrzańscy: Andrzej Stanek.
- Odkąd pamiętam, chodziłem w góry - byłem przecież synem przewodnika. Gdy zacząłem już świadomie, z wewnętnej potrzeby, wędrować po Tatrach, chodziłem w nie sam. Zawsze traktowałem Tatry jako pewnego rodzaju azyl, miejsce wyjątkowe i tylko moje. Tak jest do dziś. W górach czuję się wolny - wyznaje Andrzej Stanek.
Urodził się w 1971 r. w Zakopanem. Wychował się w Chochołowie i tam ukończył szkołę podstawową. Następnie był uczniem Liceum Zawodowego w Nowym Sączu oraz dwuletniego, pomaturalnego studium dla elektroników w Krakowie, gdzie w 1992 r. uzyskał dyplom technika elektronika.
- Po górach chodziłem od dziecka - wspomina. - Chodziliśmy na grzyby, jagody czy maliny. Pracowałem, jak cała rodzina, w lesie, choćby przy sadzeniu drzewek. Ponieważ tata był przewodnikiem tatrzańskim, chodziliśmy razem z nim i jego kolegami po szlakach oraz poza szlakami, uprawiając turystykę górską. Tata do niczego nas nie przymuszał - chodziliśmy w góry wtedy, gdy mieliśmy na to ochotę. Od dziecka jeździłem też na nartach. Byłem nawet przez kilka lat członkiem KS Start i Wisły Gwardii. Ślizgałem się na biegówkach, trenowałem skoki narciarskie, startowałem w dziecięcej kombinacji norweskiej. Próbowałem także działalności artystycznej - malowałem na szkle, uczyłem się grać na akordeonie. Kiedy chodziłem do szkoły w Nowym Sączu, do domu przyjeżdżałem tylko na soboty i niedziele i wtedy robiłem jakieś niewielkie wypady w Tatry, sam lub z kolegami. Po dyplomie miałem trochę luzu, pojeździłem więc sobie po Europie autostopem. Gnała mnie ciekawość świata. Zwiedziłem wtedy Francję, Włochy, Niemcy, Austrię, ciekawsze rejony w Czechach. Na kurs przewodnicki wstąpiłem, by poznać Tatry dokładniej, ale przede wszystkim dla siebie.
Ucząc się w Krakowie, zapisał się do Klubu Wysokogórskiego i ukończył organizowany przez KW Kraków kurs skałkowy oraz taternicki. W latach 1993-94 był w Zakopanem pracownikiem firmy remontowo-budowlanej. Wiosną 1994 r. ukończył kurs dla krupierów i do 2000 r. pracował w zakopiańskim kasynie w hotelu "Giewont". Również w 1994 r. został słuchaczem kursu przewodnickiego, a rok później uzyskał uprawnienia przewodnika tatrzańskiego. W 1997 r. został wprowadzony jako kandydat do TOPR, a w 2000 r. złożył przysięgę ratownika. Od 1996 r. prowadzi własną działalność przewodnicką. Jest członkiem Stowarzyszenia Przewodników Tatrzańskich - od 1999 r. pracował w zarządzie Stowarzyszenia w Komisji Sprzętowej i Szkoleniowej. Reprezentował też przewodników na wszelkich uroczystościach jako członek Pocztu Sztandarowego.
W 1998 r. ukończył kurs pomocnika instruktora narciarskiego, a w 2007 r. (na AWF) uzyskał państwowe uprawnienia instruktora narciarstwa. Od kilku lat uprawia wysokogórską turystykę narciarską, nie traktując jej jednak sportowo. - Sportowo wyżywam się na boisku, korcie czy hali - mówi. - Gram w piłkę nożną, w tenisa zimnego i stołowego. Tyle rywalizacji sportowej mi wystarcza. Brał udział w szkoleniach i obozach przewodnickich. Od strony narciarskiej i turystycznej poznał kilka rejonów alpejskich we Włoszech, Szwajcarii i Austrii.
Swoją działalność przewodnicką łączy z organizacją zabaw dla turystów w żartobliwej, teatralno-kabaretowej formie, wieczorów przy ognisku czy w regionalnych karczmach, "napadów zbójnickich", gawęd i spotkań z młodzieżą. Na górskich drogach fotografuje, tworząc dokumentację zdjęciową na własny użytek.
Gdy pytam o przewodnictwo, śmieje się: - Wycieczka powinna być przygodą, z której wynika wiele, wiele nauki. A po chwili już na poważnie dodaje: - Przewodnik powinien starać się, by zwiedzane góry były dla ludzi miejscem wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju, magicznym i by wykorzystali w nich w pełni każdą piękną chwilę. Wtedy, niektórzy będą wracać tu do końca życia.
TEKST I FOT. JERZY TAWłOWICZ