Zawsze bardzo przeżywam każdą śmierć w górach. W tej chwili jestem na góry "obrażona". Trudno jest się pogodzić ze śmiercią, szczególnie kogo tak młodego jak Tomek i tak WIELKIEGO jak Maciek. Z drugiej strony myślę, ze góry dla NICH były kwintesencją życia. Chcieli tam być, i teraz są już cały czas. Gdybym mogła wybrać, chciałabym umrzeć w górach.
Dla większości z nas niewyobrażalne musiałyby być dylematy tam na górze, w razie zagrożenia. Słabnie towarzysz, nie ma siły iść, lub doznał urazu... Wracać się, brać go pod ramię, na bary i wlec? To śmierć dla obojga... Z relacji doświadczonych wspinaczy, które teraz do nas docierają wynika, że na takiej wysokości pomoc praktycznie nie istnieje. Dasz radę - przeżyjesz, nie dasz rady, masz pecha - zginiesz. Słyszałem w mediach głosy co najmniej wątpiące, dlaczego się rozdzielili, nie szli razem i nie pomagali sobie. Jak to u nas, fachowców mamy od wszystkiego, od himalaizmu też. Tymczasem granica jest tak blisko, że nawet niezachowanie swojego tempa grozi śmiercią. Dlatego szli osobno, każdy na swój rachunek. Pewnie o tym dobrze wiedzieli, że to był warunek osiągnięcia sukcesu. I zgodzili się na to.
Pamiętam,jak jednego razu idąc na Czerwone Wierchy od Miętusiej zerwał się lodowaty wiatr i z 20 stopni zrobiło się 5.Nie zawróciliśmy i to był nasz błąd,Doszliśmy do szczytu Małołączniaka ledwo zywi.Powrót był walką o przetrwanie.W dolinie zastała nas cisza.Usiedliśmy nie wierząc,ze "głupie Tatry"stały się Himalajami...Tam, w Karakorum, do doliny mieli lata świetlne.Ze ściśniętymi gardłami obserwowaliśmy ich powrót, pamiętając ten nasz dzień w małych Tatrach...Nie puściły ich góry.Odwzajemniły im swą miłość...
Serwis z-ne.pl używa niezbędnych cookies do działania strony. Analityczne (Google Analytics) i reklamowe (sieć OpenX) włączamy tylko po Twojej zgodzie. Szczegóły: polityka cookies i polityka prywatności.
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze...