Nie przeczytał dokładnie umowy ubezpieczeniowej. Każdy wypadek wymaga dokładnej analizy. Cokolwiek by zrobił, byłoby źle. Michał znalazł się w potrzasku - mówi prawnik.
Amatorzy sportów ekstremalnych muszą uważać na to, jakie ubezpieczenie wykupują. Przekonał się o tym ostatnio zakopiańczyk Michał Ślusarczyk. Za to, że w Austrii uratował życie swojemu koledze, ale sam przy tym nie poniósł żadnych obrażeń, musi zapłacić za... transport śmigłowcem ratunkowym.
Michał Ślusarczyk i Kuba Hornowski zjeżdżali na nartach z najwyższego szczytu Austrii Grossglockner (3798 m n.p.m.). Pech chciał, że Jakub na samym początku pokonywania trasy spadł kilkaset metrów w dół. Michał rzucił się na ratunek.
- Byłem pewien, że idę po zwłoki. Okazało się, że Kuba cudem przeżył - opowiada teraz pan Michał.
Kuba doznał jednak poważnego urazu głowy. Michał wezwał więc pogotowie. Na ratunek czekali około godziny, ale przyleciał na miejsce śmigłowiec. Obydwaj zostali więc przetransportowani na dół. Jakub trafił natychmiast do szpitala. Dzięki szybkiej pomocy przeżył.
Michał z kolei trafił na policję, i złożył zeznania.
Wszystko niby dobrze się skończyło, gdyby nie rachunek wystawiony przez austriackich ratowników za przelot śmigłowcem... Michała.
- Odesłałem rachunek do ubezpieczyciela, jednak nie zgodził się na zapłatę. Bo to nie ja uległem wypadkowi - mówi Ślusarczyk.
Sprawa trafiła do sądu. W Zakopanem wyrok był na korzyść Michała. W drugiej instancji w Nowym Sączu sąd przyznał rację ubezpieczycielowi. Argumentem było to, że Ślusarczyk nie uległ wypadkowi. Biegli orzekli, że nie był też w szoku.
- W czasie akcji ratowniczych nie zawsze jest potrzeba ewakuowania wszystkich członków ekipy - mówi naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego Jan Krzysztof. - Każdy wypadek wymaga jednak osobnej interpretacji. Należy dopuszczać taką ewentualność, na przykład w przypadku, gdyby samotna osoba nie mogła zejść bez asekuracji.
W takiej sytuacji właśnie znalazł się Michał. Ostatni etap zejścia z trasy narciarze mieli pokonać pieszo, z asekuracją. Gdyby Ślusarczyk został sam, naraziłby się na wypadek.
- I w tym przypadku - gdyby coś mu się stało - nie dostałby wypłaty od ubezpieczyciela, bo nie zastosowałby się do wymogów bezpieczeństwa - zaznacza Michał Kołodziejski, prawnik zajmujący sie sprawą Michała.
- Młody człowiek praktycznie znalazł się w potrzasku. Widać z tego, że cokolwiek by zrobił, byłoby źle.
Wyrok sądu miał trafić jeszcze do rzecznika praw obywatelskich. Niestety rzecznik nic nie może na to poradzić.
- To sprawa o zbyt niskiej wartości - wyjaśnia prawnik. - Wyrok więc nie podlega kasacji. Michał będzie musiał zapłacić rachunek.
Przypadek Michała niech będzie przestrogą dla amatorów sportów ekstremalnych, aby dokładnie czytali, co podpisują. Prawdą natomiast jest to, że w sytuacji krytycznej trudno jest pamiętać o warunkach umowy z ubezpieczycielem.
Łukasz Razowski