E-mail Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Nowiny
 Przegląd prasy i nowin
   Zakopane
   Tatry
   Podhale
   Kultura
   Narty
Felietony
Opowiadania
Multimedia
Gastronomia
Fotoreportaże
Dziennikarze PPWSZ
Kalendarz imprez
Pogoda/kamery
Ogłoszenia
Forum dyskusyjne
Redakcja
 Reklama
Zakopane, Tatry, Podhale
E-mail
Hasło
» Załóż konto
» Zapomniałem hasła
Zakopane
 nawigacja:  Z-ne.pl » Portal Zakopiański

Opowiadania
Rykowisko
 dodano: 22 Lipca 2006    (źródło: Liliana Kołłątaj)

Tatrzańskie solówki


Początek listopada. Kolejna samotna wędrówka. Znów nie sposób było kogokolwiek przekonać, że w listopadzie warto wybrać się w Tatry, choć pogoda jak marzenie. Ale, nic to, jak mawiał Wołodyjowski. Brak towarzystwa rekompensują same góry. Wakacyjne tłumy przewaliły się już dawno i Tatry stoją puste, ciche i spokojne. Mam je całe prawie tylko dla siebie. W ciągu dnia mijam po drodze może pięć, może sześć osób.

Pogoda rzadkiej piękności o tej porze roku. Gdyby nie krótszy dzień i rozległe cienie, spływające w doliny już w dwie godziny po południu, można by powiedzieć - środek lata. Słońce grzeje tak, że idę we flanelowej koszuli, sweter i kurtka powędrowały do plecaka.

Takiego listopada nie było już od lat i pewnie prędko się nie powtórzy.

W Dolinie Rybiego Potoku słońce maluje niecodzienne czarno-białe krajobrazy. Plamy pierwszego śniegu kontrastowo odcinają się od szarości skał, a zieleń lasu przybiera ton tak głęboki, że trudno odróżnić granice odcieni: czy to jeszcze zieleń czy już czerń. Morskie Oko granatem nieruchomej toni odbija wcinający się w bezchmurne niebo ostry wierzchołek Mnicha. Można tak stać i patrzeć godzinami.

Ciemniejący horyzont daje jednak w końcu hasło do powrotu. Trasa nie nastręcza żadnych trudności, poza odległością - dziewięć kilometrów asfaltu, gdzieniegdzie obrzeżonego szutrówką, wijącego się zboczami Opalonego i Wołoszynu, konsekwentnie cały czas w dół.

Jednak znajoma, przyjazna droga do Łysej Polany w cieniach zmierzchu zmienia się nie do poznania. Góry przybierają niesamowite kształty. Wokół mnie, głęboko w dolinie, w smolistych cieniach, kładących się na zboczach, wyrastają ponure gotyckie twierdze. Wysoko, na graniach ostatnie promienie słońca, żarzące się czerwonawo, zamieniają wyniosłe turnie w płonące wieże. Las ożywa, skrzypi, trzeszczy, zawodzi. Świerki jęczą żałośnie i szepczą między sobą o czymś tajemniczo. Spomiędzy drzew zrywa się sowa, trzepotem skrzydeł przecina szumiącą ciszę. Z mrocznej głębi leśnego wąwozu wychylają się na szosę białe zjawy i czarne giganty. To między wydłużonymi cieniami drzew przebłyskują jasne skrawki nieba szarzejącego o zmroku.

Świadomość całkowitej pustki wokół mnie budzi w tej chwili lekki niepokój. W promieniu kilku kilometrów tylko las, skały i potok. Gdzie odpłynęło towarzyszące mi do tej pory uczucie komfortu samotności wobec gór? Zaczynam czuć się nieswojo.

Wtem, w koncercie mniej i bardziej fantastycznych leśnych dźwięków, pojawiają się odgłosy całkiem rzeczywiste. Potężny ryk wstrząsnął doliną. Za chwilę drugi, trzeci. I zaraz po nim zgrzyt, trzask. Niedźwiedź?! Nie, chyba nie ... Nie ryczałby tak bez powodu. A przecież poza mną nie ma tu żywej duszy, nikogo kto mógłby zakłócić jego spokój. Znowu ryk i trzask. A zaraz potem stukot kopyt po asfalcie. Spoglądam za siebie. Nic nie widać. Ale odgłos kopyt nie ustaje. Teraz już rozumiem. To jelenie staczają bój ze sobą. Ach, prawda, jesienne rykowisko!

Tylko że dla mnie oznacza to całkiem nieznane i nie przewidywane zagrożenie. Rozgrzane walką, rozjuszone zwierzę może być bardzo niebezpieczne.

Tupot ciągle rozbrzmiewa gdzieś z tyłu. Stuk, stuk, raz za razem, powoli. Najwyraźniej jeleń, zmęczony potyczką, podąża spacerkiem. A może by tak wyciągnąć aparat fotograficzny, usiąść i poczekać? To przecież nie lada gratka! Ale rozsądek bierze górę. W takim oświetleniu i tak nic z tego nie wyjdzie, a błyskiem lampy mogę tylko rozdrażnić stworzenie. Chyba najlepiej będzie oddalić się od tego nietypowego towarzystwa. Przyśpieszam kroku. Kilkadziesiąt metrów przede mną wyłania się pierwszy skrót serpentyn szosy, kamienistą ścieżką wśród drzew. O, nie! Nic mnie nie zmusi w tej chwili do wejścia w las.

Stuk, stuk. Dźwięk staje się natarczywy i nieprzyjemny. Idę coraz szybciej. Właściwie prawie biegnę. Dotychczasowa radość samotnego obcowania z przyrodą gdzieś znika i jakoś dziwnie ciągnie mnie do ludzi. Niechby na tej diabelskiej szosie pojawił się choć jeden człowiek! Ale w tej chwili mogę o tym tylko pomarzyć.

I znów ryk. Gdzieś spomiędzy drzew. Trudno ocenić odległość. Może dwieście metrów, a może dwadzieścia. Za mną wciąż uparty stukot kopyt. Tego już za wiele! Ruszam pędem.

Pochłaniam łuki i zakręty szosy. Wreszcie na wprost wyłania się poszarpana grań Wołoszyńskich Szczytów. Na mostku przy Wodogrzmotach wyhamowuję i zatrzymuję się na moment. Cisza. Tylko las szumi jednostajnie. Stukot ustał. Czekam jeszcze chwilę. Nadal cisza. Nerwowy łomot serca uspokaja się powoli.

Zerkam na zegarek. Ostatnio, na Polanie Włosienicy, wskazywał siedemnaście minut po piętnastej. W tej chwili na wyświetlaczu widzę: 15.33. Hmm, niezły czas. Trzy i pół kilometra w szesnaście minut. To daje mniej niż pięć minut na kilometr. Teraz rozumiem sportowców. I sędziów sportowych. Doping pozwala osiągnąć fenomenalne rezultaty.

Warszawa, 27.01.2006.










«« Powrót do listy wiadomości


Udostępnij     Zapisz w schowku     Drukuj       Zgłoś błąd    6099





Jeżeli znalazłeś/aś błąd, nieaktualną informację lub posiadasz materiały (teksty, zdjęcia, nagrania...), które mogą rozszerzyć zawartość tej strony i możesz je udostępnić - KLIKNIJ TU »»

ZAKOPIAŃSKI PORTAL INTERNETOWY Copyright © MATinternet s.c. - ZAKOPANE 1999-2017